Podlewanie wężem ma jedną zaletę: nic nie kosztuje na starcie. Wszystkie pozostałe cechy przemawiają przeciw. Zajmuje czterdzieści minut dziennie w szczycie sezonu, zużywa wyraźnie więcej wody niż potrzeba, moczy liście zamiast korzeni i przestaje działać dokładnie wtedy, gdy wyjeżdżamy na dwa tygodnie w lipcu.
Instalacja nawadniająca rozwiązuje wszystkie cztery problemy, a przy ogrodzie z oczkiem wodnym i roślinami wodnymi dochodzi jeszcze jeden argument: stabilny poziom wody w zbiorniku bez pamiętania o uzupełnianiu.

Zacznij od tego, ile wody masz
Projekt nawadniania zaczyna się nie od rozplanowania zraszaczy, tylko od pomiaru wydajności źródła. To najczęstszy błąd przy samodzielnym wykonaniu i przyczyna instalacji, które działają słabo na całej długości zamiast dobrze na części.
Pomiar wykonuje się wiadrem i stoperem, przy pełnym otwarciu zaworu ogrodowego. Wynik podaje się w litrach na minutę. Typowe przyłącze domowe daje od piętnastu do trzydziestu litrów, studnia z hydroforem zwykle podobnie, choć tu granicę wyznacza wydajność samego ujęcia.
Drugą liczbą jest ciśnienie, mierzone manometrem wkręconym w zawór. Zraszacze wynurzalne potrzebują zwykle od dwóch do trzech i pół bara. Poniżej dwóch nie wynurzają się prawidłowo i nie osiągają deklarowanego zasięgu.
Z tych dwóch liczb wynika podział na sekcje. Zraszacz rotacyjny pobiera od pięciu do piętnastu litrów na minutę, statyczny od dwóch do sześciu. Sumę poboru w jednej sekcji dobiera się tak, żeby nie przekroczyła siedemdziesięciu procent wydajności źródła. Ogród, w którym wszystkie zraszacze pracują naraz, podlewa równie źle jak wąż.
Sekcje, zawory i skrzynki
Podział na sekcje oznacza, że instalacja podlewa kolejno, a nie jednocześnie. Sterownik otwiera jedną sekcję, ta pracuje kilkanaście minut, potem zamyka się i otwiera następna. Dzięki temu każda dostaje pełne ciśnienie.
Sekcje wydziela się nie tylko ze względu na wydajność, ale też na rodzaj roślin i nasłonecznienie. Trawnik potrzebuje innej dawki niż rabata bylinowa, a strona południowa innej niż zacieniona północna. Mieszanie ich w jednej sekcji oznacza, że jedna grupa będzie przelana, a druga sucha.
Elektrozawory sterujące sekcjami umieszcza się w gruncie, w miejscu dostępnym do serwisu. Służy do tego skrzynka do nawadniania, czyli obudowa z pokrywą licującą z poziomem trawnika, chroniąca zawory przed uszkodzeniem mechanicznym i ułatwiająca dostęp bez rozkopywania.
Przy jej montażu liczą się trzy rzeczy. Pokrywa powinna znaleźć się kilka milimetrów poniżej poziomu darni, żeby nie kolidowała z kosiarką. Pod skrzynką układa się warstwę żwiru, bo woda wyciekająca przy serwisie musi mieć gdzie odpłynąć, inaczej zawory stoją w błocie. Wreszcie w jednej skrzynce grupuje się zawory sąsiednich sekcji, co upraszcza późniejszą diagnostykę.
Punkt poboru, o którym się zapomina
Nawet przy pełnej automatyce w ogrodzie potrzebny jest punkt ręcznego poboru wody. Do napełnienia konewki, umycia narzędzi, uzupełnienia oczka wodnego albo podlania nowo posadzonej rośliny, której nie obejmuje żadna sekcja.
Stosowany do tego zawór ogrodowy montuje się na ścianie budynku albo na słupku w głębi ogrodu. Ten drugi wariant jest wygodniejszy, bo skraca dystans, i wart rozważenia przy działce dłuższej niż dwadzieścia metrów.
Kluczowa jest odporność na mróz. Zawór zewnętrzny musi mieć możliwość odcięcia i opróżnienia od strony wewnętrznej, albo być wykonany jako mrozoodporny z korpusem sięgającym w głąb ściany, gdzie temperatura nie spada poniżej zera. Zawór zwykły, wyprowadzony na elewację i pozostawiony pod ciśnieniem, rozsadzi mróz w pierwszą zimę.
Przy ogrodzie z oczkiem wodnym warto przewidzieć osobne przyłącze przy zbiorniku, z zaworem odcinającym. Uzupełnianie wody wężem ciągniętym przez cały ogród zniechęca, a przy parowaniu sięgającym kilku centymetrów tygodniowo latem uzupełniać trzeba regularnie.
Kiedy podlewać i jak długo
Automatyka daje przewagę nie tylko dlatego, że wyręcza z pracy, ale dlatego, że pozwala podlewać wtedy, kiedy ma to sens. Najlepszą porą jest wczesny ranek, między czwartą a szóstą. Parowanie jest wtedy najmniejsze, liście zdążą obeschnąć przed południem, a rośliny wchodzą w upalny dzień z pełnym zapasem wody w gruncie.
Podlewanie wieczorne, najpopularniejsze przy wężu, ma dwie wady. Liście pozostają mokre przez całą noc, co sprzyja chorobom grzybowym, a woda zalegająca na powierzchni gruntu wsiąka wolniej przy niższej temperaturze. Podlewanie w południe jest najgorsze ze wszystkich, bo znaczna część wody odparowuje, zanim dotrze do korzeni.
Druga zasada dotyczy częstotliwości. Lepiej podlewać rzadziej, ale obficiej, niż codziennie po trochu. Krótkie, częste podlewanie utrzymuje wilgoć wyłącznie w wierzchniej warstwie, przez co korzenie trawnika rosną płytko i roślina staje się wrażliwa na każdą przerwę. Dawka rzędu dziesięciu do piętnastu litrów na metr kwadratowy raz na kilka dni buduje głęboki system korzeniowy.
Cztery rzeczy, które robi się jesienią
- Odwodnienie instalacji sprężonym powietrzem, sekcja po sekcji, bo woda pozostawiona w rurach i zraszaczach rozsadza je przy pierwszym mrozie.
- Odcięcie i opróżnienie zaworów ogrodowych od strony wewnętrznej, łącznie z odkręceniem węży, które zatrzymują wodę w przyłączu.
- Wyjęcie i zabezpieczenie sterownika, jeżeli jest montowany na zewnątrz i nie jest przystosowany do pracy zimą.
- Sprawdzenie i wyczyszczenie filtrów przed elektrozaworami, żeby wiosną instalacja ruszyła bez przepychania dysz.
Cały zabieg zajmuje popołudnie i decyduje o tym, czy wiosną instalacja po prostu ruszy, czy zacznie się od szukania pękniętych odcinków. Przy systemie zakopanym w ogrodzie ta różnica bywa kosztowna.
Skrzynki zaworowe, zawory ogrodowe i osprzęt do nawadniania wraz z danymi technicznymi znajdziesz na www.onninen.pl. Parametry przywołane w tekście pochodzą z katalogu hurtowni Onninen.
Materiał zewnętrzny










